Gdy zerkam na lata, co mi przez palce umknęły, to on, ledwie jako pacholę maleńkie się jawi. A przecie, jakobyśmy od wieków się znali. Szumiałam radośnie, kiedy się rodził, co wieczór kołysanki podawałam, a i przyjdzie czas, że zaszumię ciszej i smutniej, gdy u kresu sił stać mu przyjdzie.
Wiecie, myśmy jedną nicią spleceni. Pomagał im, gdy przeprawiać przeze mnie się chcieli. A wybrzmieć to musi wyraźnie, że nie miał do nich szczęścia. Mało kto go rozumiał, tak jak ja go czułam. Brali, memłali i porzucali, jakby te mury duszy nie miały.

A kto to się w jego komnatach nie gościł? Byli wielcy panowie, co owieczkę w nazwisku nosili. Ci, których głowa rodu, głowę za zdradę oddała. Byli i tacy, co na edukację znaczny wpływ mieli. Nie brakło gorliwych w modlitwie. Krzyże ściskali, pacierze szeptali, jakby to w czymś pomóc mu miało.
Zjawił się wreszcie i ten, który dostrzegł ukryte w nim piękno. Z brzydkiego kaczątka prawdziwego łabędzia uczynił. Jak nam wyładniał, pluskałam radośnie! Czułam dumę, gdy urokiem kuzynostwo z Łomnicy i Wojanowa, i z całej okolicy przygasił.

Ale, moje dziatki kochane, to co dobre… ech, niedobre przyszło. Wojenka straszliwa, a wraz z nią chłód w komnatach zawitał. Pojawili się ci, co bronią władać uczyli. Tupali, krzyczeli, aż mury ze strachu drżały. A potem ci, za którymi wlokła się bieda, ci, którym z głodu nogi się chwiały.
Zawierucha ustała, ale nie fatum ponure. Raz południowcy, raz niegrzeczne dziatki w nim harcowały, raz te, które szukały letniego wytchnienia… Potem ci, którzy ziemią władali. Ciągle ktoś, ciągle coś.

Przyszedł rok straszny taki, o którym ciężko się mówi. Próżny, bez serca i duszy, zdarł z niego to, co najważniejsze. Żywcem ogołocił, pozostawił na wilgoci łaskę. Do dziś choroba go trawi, kawałek po kawałeczku, deska po desce, umiera powoli.
Nie pomogły kłótnie, sądowe rozprawy. Nie pomogły fundacje i szaleniec, co skarbów tam szukał. A remont? Owszem, planowali. Rusztowanie postawili, plany rozdmuchali i na tym się skończyło. Rusztowanie stało tak długo, że niemal samo zabytkiem się stało.
Niknie, gnije, czekając, aż ktoś się ulituje. Póki woda we mnie płynie, póki szum mój nie cichnie, dopóty ja, stara, będę w nadziei trwać. Kto wie, może jeszcze nie wszystko stracone, może znów przyjdą lepsze czasy…

Kiedy widzę Pałac w Bobrowie, często zastanawiam się, czy jest w Kotlinie Jeleniogórskiej większy przegrany? O ironio, sąsiednie pałace i zamki odzyskały dawny blask. A ten, najpiękniejszy, cichcem kona w cieniu kasztanowców. Napisać, że miał pecha do ludzi, to nic nie napisać. Przyjąć na własne barki taki ogrom ludzkiej głupoty, złej woli i braku pomyślunku. Pałac położony nad Bobrem, rzeką, która zna go jak nikt inny. Warto odwiedzić go właśnie teraz, wiosną, gdy słońce wstaje równo za pałacową wieżą, a wtenczas, gdy otoczony jest mgłami… Uwierzcie mi, trudno o piękniejszy widok.


Jeśli chciałbyś wesprzeć moją twórczość, zachęcam do postawienia mi Kofoli 🙂



