Budząc się każdego dnia, przeciągam się powoli, nie z lenistwa, lecz z ciężaru wspomnień. Spoglądam ze smutkiem na sąsiada, którego przeżuły ludzkie maszyny. Szybko odwracam wzrok. Po drugiej stronie niewiele się zmieniło. Widok? Wciąż czarujący, tylko gdzie wy się podzialiście? Gdzie ludzki zachwyt? Gdzie ci wszyscy zakochani w pięknie natury? Od tygodni, miesięcy, lat, częściej cisza, aniżeli odgłosy kroków na ścieżkach.

Nim wiatr znad Karkonoszy znów ułoży mnie do snu, wracam myślami do czasów, gdy byłam czymś więcej, niż punktem na mapie. Ach! Sława, która upaja tak słodko. Kto jeszcze pamięta te tłumy? Eleganckie panie z eleganckimi parasolkami w dłoniach i towarzyszący im panowie w kapeluszach. Wszyscy spragnieni widoków, tych samych, które dziś jakoś mniej ludzi obchodzą.
Pamiętam, kiedy tam gdzie sięgał mój cień, wylano fundamenty pod gospodę. Solidne, bo do dziś tylko one się ostały. Z gospody zrodziło się schronisko, niewielkie, ale z duszą i z widokiem, za który nie jeden z turystów dałby się pokroić. Pojawiało się więcej ludzi, a wraz z nimi więcej zachwytu, więcej ciepłych słów.


A ten ogród? Pamięta ktoś? Prawdziwy raj, pełen kolorów, zapachów, różnorodności i życia. A teraz? No cóż, jeśli ktoś coś sadzi, to w oddali i raczej beton. Jak ja tęsknie za Rosengarten.
A no tak! Oczywiście, że pamiętam tego miłego dżentelmena. Przyrodnik, światowiec, tak o nim mawiano. Szepnął mi do ucha, że widok stąd jest jedną z piękniejszych rzeczy, jakie jego oczy oglądały. Kokietował, czy mówił prawdę? Tego nie wiem, ale to on widział połowę świata, nie ja.
Potem zjawił się ten Wrocławianin. I przyznam, narobił trochę zamieszania. Wraz z nim do schroniska zawitała nowoczesność. Prąd rozlał się po wnętrzach, ciepło zaczęło sączyć się ze ścian, dźwięk telefonu rozlegał się tu każdego dnia.

A ta wieża, gdzieś na zachodnim wierzchołku? Albo ta listopadowa noc, kiedy drzewa łamały się jak zapałki? Schronisko skrzypiało, walczyło, nie bez szwanku, ale ustało. Zamartwiałam się strasznie, co to dalej będzie, ale tamci ludzie okazali się uparci. Wrócili i naprawili to, co wiatr próbował zabrać. Nie opuścili mnie, nawet wtedy, gdy nocami niebo rozdzierały huki bomb. Gdy horyzont płonął niespokojnym światłem, a powietrze drżało od ryku samolotów.
Potem turystów zastąpili ci ranni żołnierze, a po nich… Eh, a po nich przyszli ci, których słów nie rozumiałam. Głośni, obcy, niecierpliwi. Niszczyli. Plądrowali. Jakby to była jedyna rzecz, na której się znali. A na odchodne pozostawili ogień. Patrzyłam jak wszystko, co zbudowali tamci, niknie w płomieniach. Ostały się tylko fundamenty. I ten widok, przepiękny widok.
Po ich odejściu czasy nastały spokojne, a wraz z nimi cisza, która trwa do dziś.


Czas spać, rano znów spojrzę ze smutkiem na sąsiada, którego zjadły ludzkie maszyny i będę się głowić, dlaczego was tu nie ma? Przecież zawsze byliście łasi na krajobrazy.
O pięknie Różanki – widokowej perle Gór Kaczawskich napisano już wiele, ale dlaczego wciąż miejsce to świeci pustkami? Na to pytanie nie potrafię znaleźć jednoznacznej odpowiedzi.

Do opisywanego przeze mnie miejsca można dotrzeć z Janowic Wielkich, wybierając zielony Szlak Piastowski. Trasa jest niewymagająca. Startując przy tamtejszej stacji PKP (gdzie dostępny jest także parking), mamy do pokonania około 3,5 km oraz 250 m przewyższenia: TRASA
Alternatywnie można wyruszyć z Radomierza (znajduje się tu darmowy parking) czarnym szlakiem. W tym przypadku trasa liczy 3 km, a suma podejść wynosi około 200 m: TRASA
Poniżej szczytu znajdziemy miejsce z wiatami, ławami i miejscem na ognisko: TUTAJ

Jeśli chciałbyś wesprzeć moją twórczość, zachęcam do postawienia mi Kofoli 🙂



