Mówi się, że piękno Karkonoszy umiera pod naporem masowej turystyki. I spoglądając, chociażby na czerwony szlak wzdłuż Głównego Grzbietu, trudno się z tym nie zgodzić. Ba! Weekendami to nie szlak, a taśma produkcyjna. Wszyscy w uciecze przed cywilizacją, wszyscy w pogoni za spokojem, w tłumie większym niż w centrach handlowych przed świętami. Przeżywanie górskiego piękna ramię w ramię z obcymi osobami i tym jednym gościem, który właśnie odkrył potencjał swojego przenośnego głośniczka.
A wiecie, co jest najlepsze? Wystarczy zejść kawałek dalej, ominąć turystyczne autostrady i doświadcza nagle człowiek czegoś absolutnie pięknego. Karkonosze w dużej części nadal funkcjonują poza ludzkimi masami. Tak po prostu. Bez klapkowiczów zdobywających Śnieżkę, bez pijanych pielgrzymek, bez żółtych napisów na śniegu, którymi ktoś postanowił wyznać miłość.
Dziś o jednym z takich miejsc, gdzie lubi zaszyć się cisza…

Po raz pierwszy trafiłem tu późnym latem, przebąkującym coś o jesieni. To, co wtedy rzuciło mi się w oczy, to tłum, a raczej stado… kudłatego bydła, rozprawiającego się z łąkami w sąsiedztwie malowniczo położonych boud. Uderzyło mnie to niesamowicie, bo sielski obrazek wydawał się dość egzotyczny jak na karkonoskie warunki, a i krowy zapewne do dziś opowiadają swoim dzieciom o dniu, kiedy jakiś typ wpatrywał się w nie jak w ósmy cud świata.
Bydło, o którym prawię to szkocka rasa wyżynna, dziś coraz częściej widywana w tej części Sudetów. Miejsce zaś to Klínove boudy wciśnięte przez Liczyrzepę między zbocza Stoha a Zadní Planina. Łąkowa enklawa położona w Krkonošským národním parku, administracyjnie należąca do Szpindlerowego Młyna.



Powstanie tego sielskiego zakątka związane jest z rozwojem działalności górniczej w Svatým Petrze, a dokładniej z tragarzami transportującymi wydobytą tam rudę w kierunku Dolní Dvůru. To oni jako pierwsi wznieśli tu drewnianą wiatę, co by odpocząć i schronić się przed niepogodą. A wybór lokalizacji? Nieprzypadkowy. Stosunkowo dobrą ochronę przed zimnymi wiatrami zapewniało zbocze Zadní Planina, a i dni ze słońcem nie brakowało tu wcale, co dziś potwierdzają czescy metereolodzy.
Interesująca geneza dotyczy także nazwy Klínové boudy. Powiada się, że jej korzenie sięgają drewnianych klinów wykorzystywanych w kopalniach, które rzekomo tragarze mieli tu naprawiać. Jednak umówmy się, nic tak nie poprawia humoru tragarza, jak dodatkowe kilogramy do wniesienia na i tak już sfatygowanych barkach. Choć brzmi to ciekawe, nawet romantycznie, dużo bardziej prawdopodobna teoria, to ta, która mówi o kształcie enklawy z daleka przypominającej kształt klina właśnie. Proste, logiczne i co ważne, niepodnoszące ciśnienia tragarzom.

Z czasem poprowadzono nowe i łatwiejsze drogi dla transportu górniczego, a tam, gdzie niegdyś stała wiata, zaczęły wyrastać nowe budynki, jedne związane z hodowlą bydła, inne z pozyskiwaniem drewna.

Snując historie o Klínovych boudach, warto napomknąć o nieistniejącej już Klínovej boudzie, która była dobrze prosperującą gospodą, a której los nie szczędził przykrości. Po raz pierwszy spłonęła w 1912 roku. Po odbudowaniu przyszła wojenna zawierucha, jedna, potem druga. Z tą drugą, wiąże się kolejny dramat. Czescy partyzanci zamordowali właściciela Klínovych boud, bez sądu, za nielegalne posiadanie broni, po tym, jak zmusili sąsiadów do wykopania mu grobu. Kolejne nieszczęście, kolejny pożar, rok 1970, kiedy to przez nieuwagę goszczących się tam studentów, eksplodował agregat prądotwórczy, który ochlapał budynek płonącym olejem (warto zwrócić uwagę na przekazy ustne ówczesnych mieszkańców osady, wskazujących na to, że pożar nie był przypadkowy, a intencjonalny). Straż pożarna nie miała szansa, by dojechać na czas. Historia budynku, nad którym ciążyło fatum, raz na zawsze ulotniła się z dymem.
Niedaleko miejsca, w którym stała Klínova bouda, obecnie wznosi się Nova Klínovka (Bouda Klínovka) słynącą z wyśmienitej kuchni. Serwuje się tu między innymi gulasz z tutejszego bydła, a że są one na specjalnej diecie złożonej z karkonoskich rarytasów, tak i mięso ma inny, nieoczywisty posmak. Od 2017 roku działa tu „Horského Ranče Klínové Boudy”, które co ciekawe, jest najwyżej położoną farmą w Czechach. Łąki sięgają ponad 1350 metrów nad poziomem morza! Co tu dużo pisać, tutejszej bydło nie cacka się w wypasie, te krowy żyją wyżej, niż niejeden turysta dotarł w życiu i prawdopodobnie mają lepszą kondycję niż połowa gości.


Następnie mijamy Torfowisko Úpy i Lucni boudę (schronisko), gdzie można przysiąść i odpocząć. Dalej ruszamy w kierunku Modrégo Sedla, Výrovki (schronisko) i Chalupy na Rozcestí (schronisko), skręcamy na zielony szlak, który doprowadzi nas do Klínovych boud.
Powrót zaś szlakiem niebieskim, zboczem Stoha. Jest to jeden z bardziej widowiskowych karkonoskich szlaków, z niesamowitą panoramą na Kozie Grzbiety, które ciągną się równolegle. Szlak doprowadzi nas do Szpindlerowego Młyna. Z tamtejszego PKSu, autobusem (kursują regularnie, kilka razy w ciągu dnia.) wjeżdżamy na Przełęcz Karkonoską, po czym schodzimy na Polską stronę.
Jeśli chciałbyś wesprzeć moją twórczość, zachęcam do postawienia mi Kofoli 🙂



