[fragmenty pochodzą z Bestiariusza Jeleniogórskiego Tom 2, który będzie można zamówić pod koniec 2020].

Od kiedy Góry Olbrzymie wyrosły wysoko ponad horyzont, między zamglonymi szczytami zamieszkały cztery prastare Bestie żywiołów. Bestie te są otoczone silnym kultem przez Jelarzy, a w szczególności Sudetników. Kultem, który narodził się ze strachu przed niszczycielską siłą tych nieobliczalnych górskich zjaw. Jedną z nich jest Zapłoniec. Potężny kolos władający ogniem, który pała nienawiścią straszliwą do mieszkańców Kotliny i wszelkich przejawów ich obecności w wysokich górach. Jest stworem nieobliczalnym, pełnym furii i złości, któremu obce jest uczucie litości. Na powierzchnię wyłania się tylko raz w całym księżycowym cyklu, w momencie gdy ten w pełni zawisa nad skalnymi grzbietami. Przemierza on wtedy karkonoskie zbocza w poszukiwaniu piechurów, którzy nie znaleźli na czas odpowiedniego schronienia lub zanadto oddalili się od ochronnej bariery wyznaczonej przez otyczkowane szlaki. Gdy natrafi on podczas swojej nocnej tułaczki na taką zagubioną duszę bez cienia zastanowienia roznieca wielki płomień w jednej ze swych potężnych dłoni, którym “częstuje” nieszczęsnego wędrowca. Po takim gorącym “posiłku” nie zostaje z niego nic poza garstką popiołu, który wraz z wiatrem zostaje rozdmuchany na cztery strony świata. Jednak nie tylko podróżnicy, którzy zbłądzili w ciemnościach muszą obawiać się bezlitosnego żywiołaka. Spotkania z nim nie są w pełni bezpieczne również dla schronisk. Wiedząc o tym, podczas każdej pełni Sudetnicy opiekujący się górskimi schronami wystawiają przed drzwi ofiarę dla Bestii złożoną z muflonów i krwi domowego bydła. Całą noc przy tym uczestnicząc w rytuale pokory, którym próbują ubłagać Zapłońca, by ten przyjął dary i uchował budynek przed wybuchem swej ognistej złości. Historia jednak zna wiele przypadków, w których górskie chaty ucierpiały w wyniku ataku rozszalałej Bestii. W latach pierwszych często zdarzało się, że Jelarze zapominali o wędrówce olbrzyma i zamiast ukoić jego nerwy, urządzali uczty i swawole pełne obżarstwa i pijaństwa, których hałas roznosił się wzdłuż i wszerz karkonoskich szczytów. W ferworze zabawy zapominali oni o szacunku dla kolosa, odpowiedniej ofierze i rytuałach, które wygasić zło w zjawie za zadanie miały. Tak nieodpowiedzialne i nieznające umiaru zachowanie niemal zawsze kończyło się tragicznie, atakiem rozwścieczonego monstrum. Ten by skutecznie uciszyć rozhulaną gawiedź zalewał cały przybytek potężną falą żywego ognia. Skala zniszczeń związana z tą brutalną lekcją pokory ujawniała się dopiero wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Niestety niejednokrotnie to, co zastawał poranek w miejscach, gdzie niegdyś królowały okazałe budowle, objawiało przejmujący obraz zgliszczy i osmolonego truchła.