Tego dnia pomyślałem, że zachowam się jak wzorowy fotograf i zamiast, jak to często u mnie bywa robić zdjęcia jedną ręką, drugą podtrzymując rower, jednocześnie próbując wyplątać się z chaszczy, które w międzyczasie oplotły moje nogi, postanowiłem, że przyjadę na wybraną miejscówkę dużo przed czasem, żeby na spokojnie się przygotować.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Po dotarciu do celu rozłożyłem statyw, wszystko pięknie podkręciłem, wypoziomowałem, wykadrowałem, w aparacie parametry ustawiłem tak, by wschód został uchwycony perfekcyjnie. Pozostało tylko czekać… No i czekam tak 10-20-30 minut, obserwując jak z każdą kolejną chwilą chmury zaczynają wypełniać niebo, niczym niechciane klocki planszę w tetrisie, by podczas wschodu osiągnąć kulminacje i zasłonić wszystko, co do zasłonięcia było.
Game Over pomyślałem, a na potwierdzenie tezy usłyszałem tylko ironiczne szczekanie saren w pobliskich zaroślach, które musiały mieć ze mnie dobry ubaw.

Przez głowę przeleciało stwierdzenie typu: „Co tu będę stał, jak ten kołek na polu”. Nie zastanawiając się długo spakowałem sprzęt, wszystko ładnie poskładałem, pozaciągałem i pozamykałem. Już wsiadam na rower, gdy nagle chmury na niebie w ciągu kilku sekund rozstąpiły się tak szybko, jakby sam Mojżesz maczał, w tym palce.

Oglądając spektakl, który był grany za chmurami miałem wrażenie, że słońce dosłownie ogniem budziło świat do życia ze snu po mroźnej nocy. Na szybko złapałem za aparat, drugą ręką podtrzymując rower w międzyczasie próbując pozbyć się chaszczy, które zdążył opleść moje nogi i ustrzeliłem poniższy kadr
Także na order wzorowego fotografa będę musiał jeszcze trochę poczekać, ale co mnie natura w życiu zaskoczy, to moje